Klip

piątek, 30 listopada 2007

Rozdział II - Czynnik logika cz.6

***

Minęła dobra godzina zanim spędzono całą służbę na górny dziedziniec. Niczym w wojskowej formacji ustawili się w szeregach, drżąc przed groźnymi grotami bełtów na kuszach, które mierzyły weń zewsząd dookoła. Poza wszystkimi podejrzeniami, stał uśmiechnięty, pulchny kuchmistrz, który był z rodziną hrabiego tak długo jak pamiętał. W grupie szczęśliwców poza podejrzeniami, znaleźli się także lokaje, ale skoro panienka Emma tak zarządziła, to lepiej ściągnąć i ich. Landgraf stał za kolumną rezydencji mieszkalnej, położonej najwyżej w zamkowej układance. Rezydencja w tym skromnym zameczku wyglądała dość intrygująco, jakby kawałek ozdobnego skrzydła cesarskiego pałacu, naprawdę mały kawałek, przyczepić do wnętrza jednego z murów. Dostrzegając kontrast między tym „kawałkiem pałacowego tortu”, a resztą zamku, czyli murami i prostymi, przysadzistymi zabudowaniami można by stwierdzić, że landgraf to ktoś kto lubi luksus, lecz nie przesadny, lubi także bezpieczeństwo, choć wydaje się być bezbronny.

Maurycy stał za kolumną, tuż przy ogromnych drzwiach z ciemnego drewna prowadzących z rezydencji na plac. Wzdychał ciężko gładząc siwe szlacheckie wąsy. Ciemno-purpurowy kontusz opinał się na mocnej sylwetce starszego pana. Landgraaf miał swoje lata, choć nadal był krzepki, stanowczy i bystry. Potrafił całkiem zwinnie mielić zawieszonym u pasa półtorakiem, z którym zawsze się nosił, mawiając, że: „Jeśli miecz zacznie ciążyć, to i w zajeździe i w łożu się nie nada.” Skutkiem czego, jeśli siły nie będzie miał by dźwigać miecz, odda władzę bądź to synom, bądź to braciom. Hrabia potrafił się uprzeć i bronić swego zdania. Nie był potulnym sędziwym panem, któremu daje się wmówić co się chce, strojąc minki. Z wyglądu nadzwyczaj uprzejmy, w obyciu, srogi i nieugięty, gdy postawi na swoim, żadne dywagacje nie mają sensu. Hrabia, o długich do ramion siwych włosach i chudej twarzy, nie należał do ludzi myślących szybko, co wcale nie było jego wadą, a wręcz zaletą. Nigdy nie odzywał się nie przemyślawszy kwestii dogłębnie, dlatego dialogi z magnatem zdawały się być długie i monotonne. Hrabia jednak myślał, cały czas planując, analizując sprawy bardzo dogłębnie, rozpatrując każde „ale”, każdą ewentualność. Był planistą, co to woli przygotować potężny plan działań, aniżeli rzucać się w wir chwilowej improwizacji. Tak zbudował swą potęgę... Inni chcieli go podejść w jednej chwili, podczas gdy on już założył sieci. Zawsze wolał myśleć powoli, a głęboko, aniżeli szybko i płytko. Można było na tym dużo ugrać na krótką chwilę, ale i dużo stracić.

Skrzyżował ramiona ukryte pod białą aksamitną koszulą. Rozcięte rękawy kontusza zwisały bezładnie.

Dwóch strażników w towarzystwie oficera trzymało chłopa za ramiona, gdy ten klęczał przed włodarzem ziemskim.

-A ty, jakiś miał w tym udział? – Spytał hrabia spoglądając z góry na mokrego biedaka, którego według przykazu Emmy oblano wodą.

-Ja? Jasny pan, ja w żaden czyn się nie pchał... – Chciał się złapać za serce, lecz powstrzymywali go groźni żołdacy.

Hrabia potarł czoło i postukał opuszkiem palca w dolną wargę.

-W takim razie, czemuś był na ów wiecu? Tym w chatce.

-Ach, no ja mówię przeta, panie. Ja nie wiedział co oni tam radzą. Mówili sąsiady, że pobór i że chcą rozmawiać na ten temat i spotkanie jest. Ja nie miałem pojęcia i pobiegłem, co by jaki konkret usłyszeć, bo jak do wsi posłaniec przyjechał, to list przybił do słupa przy kaplicy, ale ksiądz wybył na pielgrzymkę i zanim przyjedzie zastępca to minie szmat czasu, a z nas czytać to ja coś tam potrafie, ale kiepsko. My nie wiedzieli kogo chcecie w kamasze brać, wasza miłość, to myślelim, że jak się spotkamy, to ci z inszej wsi wszystek wytłumaczą. Bo ja mam syna, to dorosły chłopak... I... I miał się żenić...

-Dość... – Mruknął hrabia masując czoło. Westchnął ciężko. – Rozpoznasz wszystkich?

-Tych trzech co żem widział? Tak.

Wtem z drugiej strony placu wyszła córka hrabiego, Emma, ciągnąc za sobą mężczyznę w eleganckim ubiorze, który z tej odległości Maurycy od razu docenił. Lubił zestawienie czerni i czerwieni. Chłopak miał nadto u pasa złoty miecz.

Kiedy córka podeszła bliżej rezydencji, już zza muru widział, że ma twarz trochę jakby zmęczoną i spokojniejszą niż zwykle. Hrabiego bolała głowa. Kolejny amant... Wyhodował kurwę na swoim podwórku. Jeśli Emma nie pieprzyła się z jakimś mężczyzną na służbie w zamku, to zapewne był to stary Liongin – majordomus, kawaler, który samą szpetną facjatą musztrował pokojówki oraz kuchmistrz, tak pobożny i tak nietykalny, że do niego Emma dostępu nie mogła mieć. Kuchmistrz odpowiadał jedynie przed landgrafem i jego małżonką, a ci z racji dobrze wykonywanej pracy jak i długości zatrudnienia, nie mogli sobie wyobrazić sytuacji, w której ktokolwiek z rodziny obraziłby tego zacnego człowieka pracy. Hrabia Maurycy zwracał się do kilku osób per „Pan”, zazwyczaj byli to wyżsi stanowiskiem – a takich wielu w Zaudranie nie ma – lub osoby, z którymi robił interesy, ale dla tego jednego pana w fartuchu z okrągłym brzuszkiem, zawsze robił wyjątek.

Podeszła latawica. Hrabiemu wymiotować się chciało na samą myśl ilu ludzi zarazi jego córka, gdy tylko podłapie jakąś chorobę... I pewnie będą chcieli odszkodowania. Naprawdę chciał jej powiedzieć: „Zalicz jeszcze tego chłopa i jego konia, a będziemy mieli komplet.”

-Ojcze. – Pokłoniła się odrobinę, a na jej piegowatej, ślicznej buzi wymalował się ten... „uśmiech”. To jakby wymuszona grzeczność, hrabia nie cierpiał gdy się doń uśmiechała, wyglądała jak sęp, który stroszy pióra wypatrując śmierci błąkającego się po pustyni, starego woła, który lada dzień ma zdechnąć.

I co się tak śmiejesz, puszczalska zdziro? Jakby ci odpowiednio dobrze dmuchnąć w dziurkę od nosa, podwiałoby ci kiecę, tak jesteś przetarta.

-Emmo, kochane dziecko. – Odwzajemnił gest i po ojcowsku ujął ją za ramiona, ucałował w czoło.

-Ojcze, to jest Ulryk Brehn. – Przedstawiła Vasyla, który skinął hrabiemu głową.

Starszy pan uśmiechnął się życzliwie i uścisnął rękę chłopaka.

Kolejny... Usłyszał o tej kurwie to przyjechał na mój dwór załapać się na krzywy ryj. Dobrze, że chociaż jest schludny i czysty, bo inaczej byś się mała suko pieprzyła z jakimś pomywaczem, albo zamknęła się w kaplicy, a braciszek Tobiasz znów by narzekał, że świeca mszalna nie chce się zapalić.

-Bardzo miło mi pana poznać, panie Brehn. Przybył pan w jakimś konkretnym celu na mój dwór?

-Tato - ucałowała ojca w dłoń. – Pan Brehn pomógł znaleźć dowód. Gdyby nie to, nie uwierzyłabym w zapewnienia tego warchoła.

Hrabia z wyrazem szczerego zadowolenia na twarzy skłonił się jeszcze raz i Ulrykowi i córce.

Dobrze, że mnie tylko w rękę całujesz. Biada twemu mężowi, który kosztując twoich ust, zawsze będzie czuł posmak jakiegoś giermka, stajennego, czy innego pachoła.

-Panie hrabio, zmierzam na wschód, do Azarii – zmyślał przypominając sobie rady Numitora, o tym jak należy się zachowywać by wiarygodnie kłamać. – Zamierzam tam przestudiować kilka ksiąg oraz nająć geodetów. Mój ojciec rozwija swój zakład w Druan i pomyślał, że dobrze będzie skorzystać z usług azarskich specjalistów.

-Jest pan Kasaimczykiem? – Hrabia spytał przygładzając wąsy i otwierając szeroko oczy. – Proszę, proszę... Od dawien dawna nie odwiedzali nas goście z Republiki, choć handlujemy z ich przedstawicielami.

-Miło mi to słyszeć.

-Wiem, że „wy” nie przepadacie za monarchami i feudałami. – Hrabia sformułował to raczej jako zarzut, aniżeli stwierdzenie.

-To nieporozumienie... – Vasyl zaśmiał się jak prawdziwy republikański przedsiębiorca. – Z racji starych dziejów czujemy niechęć do tradycjonalistów i monarchistów, to prawda, ale tylko tych na terenie naszego kraju, którzy chcą nas przekonać do swoich racji. Nie obchodzi nas jaki ustrój panuje u sąsiadów. Jeśli można z nimi ubić interes, to każdy ustrój jest dobry, a żaden władca nie za bogaty.

-Podoba mi się pana światopogląd, panie Brehn. – Odpowiedział Maurycy po chwili namysłu.

Hrabia spojrzał na swoją córkę oczami troskliwego ojca.

Słyszałaś? Miałaś kochanka z zagranicy, zbierz jeszcze kilku i będziesz ekskluzywną kurtyzaną dla zamożnych z obczyzny.

Wplótł palce w jej ciemno-rude loki, następnie pogłaskał po głowie grzeczną córeczkę.

-Wierzę, że wszyscy już zgromadzeni, chodźmy zatem. – Poprowadził ich przed zebraną grupę służby.

Rośli strażnicy w zbrojach utworzyli „murek” przed hrabią masującym czoło, jego córką oraz nowopoznanym gościem z odległej krainy, tak by w razie nagłego ataku ochronić pracodawcę.

Przyprowadzono biednego chłopa, a ten postawiony przed armią sługusów, struchlał bardziej niż pod spojrzeniem pana ziemskiego. Wszyscy gapili się na prostaka z wyrzutem, jakby ten był winien całego zamieszania. Ale najbardziej bał się „ich”. Oni są tam gdzieś, przebrani i czekają, a jeśli ich rozpozna, to mogą z gniewu dźgnąć go nożem. W końcu jeden może go zabić, poświęcić się i zostać aresztowanym, by reszta wypełniła zadanie. Na szczęście hrabia posłał mu eskortę w postaci czterech najtęższych ochroniarzy jakich miał pod ręką.

Przyjrzał się pierwszemu chłopcu, który wyglądał na zamkowego gońca.

Pokiwał głową przecząco.

-Możesz iść - warknął drab wyrzucając młodego z formacji targnąwszy jego ramieniem. – Kolejny.

-Może, wszystkie kobiety od razu odrzucimy? – Zaproponował chłop. – To byli jeno mężowie.

Inny osiłek zdzielił go po łbie.

-To czemuś zawczasu nie powiedział?! – Przytknął dłonie do twarzy i krzyknął. – Wszystkie baby! Do zajęć! Ino od zara!

Pomocnice kuchni, pokojówki, szwaczki pobiegły szybko każda w swoją stronę, pochylając głowę, nie chcąc by ktokolwiek spojrzał im w oczy, czy to pan, czy jakiś strażnik, któremu mogłaby się niewiasta nadmiernie spodobać, a strażnicy, co nie było ukrywane, w posiadłości landgrafa cieszyli się ogromną swobodą. Tym bardziej bali się stracić taką pracę.

Od razu ubyła połowa służby.

Strażnicy, co bardziej podejrzanym kobietom unosili głowy by rozpoznać twarze, nie wiedzieć czemu wyczuwając, że potencjalny najemny żołnierz mógłby przebrać się za zgrabną pokojówkę, albo przysadzistą niańkę.

Chłop popatrzył po zebranych. Stali w bezładnie poprzecinanych i wybrakowanych rzędach. Kuchmistrz Riff Lock wystąpił z szeregu i z irytacją pomachał do hrabiego Maurycego, ten skinął głową przepraszająco i machnięciem ręki pozwolił mu odejść, a strażnicy szybko go przepuścili, widząc scenkę migowej, bezsłownej rozmowy.

Obejrzano i sprawdzono kilkanaście osób. Mężczyźni w różnym wieku, od młodych po siwych, szewców, pomywaczy, stajennych, giermków, posłańców, murarzy, cieśli, ślusarzy, oraz przedstawicieli innych profesji potrzebnych do utrzymania posesji.

Hrabia zaczął się denerwować. Nie okazywał uczuć, bo był zbyt zmęczony by ciskać przekleństwami, czy chociażby słowami krytyki. Szczerze wątpił, czy donosiciel był taki znowu bez winy. Zapewne sam się złożył na zamachowca jeśli takowy istnieje. Po cóż w przeciwnym wypadku miałby przyjeżdżać tutaj? Gdyby zaiste życie było mu miłe, wziąłby ze sobą rodzinę, sprzedał majątek i uciekł... Bo kto by szukał jednego chłopa? Ohhh, nie. Landgraf wyraźnie czuł w tym „zły interes”. Co znaczy, że czysto hipotetycznie, motywacja tego chama powodowana jest brakiem satysfakcji z usługi niewspółmiernej do zapłaconej sumy. Dał pieniądze, dużo pieniędzy, by ktoś wbił hrabiemu nóż w szyję, teraz chce je odzyskać, a być może i liczył na ugranie większej sumki w ramach rekompensaty za lojalność. To byłoby logiczne. Landgrafowi przemknęła przez głowę myśl, by chłopa wynagrodzić, ale przypomniawszy sobie stare prawidło „daj palec, a wezmą rękę”, od razu odpędził tą myśl. Wynagradzanie dobrze działało, gdy ktoś robił coś dla „ciebie”, nie dla „siebie”. Wszyscy współpracownicy hrabiego, którzy przysłużyli się sprawie, w imię majestatu Maurycego Siemieńskiego, robiąc coś „dla niego” dostawali regularną rekompensatę za trud i lojalny wkład w czyjś interes, często ryzykując całym swoim dorobkiem. Gdy ktoś taki poszedł za hrabiego do lochu, Maurycy za okazaną lojalność dokładał wszelkich starań, by wyciągnąć biedaka z aresztu i jeszcze „trochę” go wynagrodzić, kupując nowy dom czy załatwiając awans na spokojnym stanowisku, a jeśli ktoś oddał zań życie, to Maurycy dbał, by nigdy wdowie, sierotom i najbliższym skazanego, nie brakowało środków do życia i by nigdy nie zaznali obelg. Dzieci dostawały dobre wykształcenie, wdowa - niemały majątek, rodzina – zastrzyk finansowy, wraz ze szczerymi kondolencjami i Maurycy tak samo opiekował się rodzinami tych, którzy oddali zań życie, niezależnie, czy byli to najbliżsi przyjaciele, czy nowopoznani szeregowi pracownicy jego kartelu.

Tutaj sprawa wygląda inaczej. Od początku do końca ten prosty rolnik działa ze względu na siebie. A co gdyby wypłacić mu nagrodę? Ile razy taki incydent się powtórzy? Gdy wieść się rozniesie, że Maurycy Siemieński, płaci byle komu za donos, jak grzyby po deszczu wyrosną chętni na łatwy zarobek. Wpierw dadzą trudne do zweryfikowania informacje, wezmą pieniądze i uciekną, bądź sprowokują dziwaczne sytuacje, co nie jest czymś trudnym, hrabia sam wiedział jak zrobić coś takiego i sam się na takich szwindlach nieźle dorobił za poprzedniego landgrafa. Podrzucając sąsiadom koperty z listami, w których ci wyznają, że zabiją hrabiego, bądź jego rodzinę w zamian za pieniądze, można ugrać niezłe sumy. Wystarczy po takiej operacji szepnąć słówko, ludziom „łaskawie panującego”, by ci nawiedzili domostwo konfidenta i przypadkiem natknęli się na dowód. Ludziom chcącym nagrody, nie należy jej dawać. To ci, których priorytetem jest szczery wkład w dobro protektora, na nagrodę zasługują.

Chłopina miał już podejść do jakiegoś chłopaka, młodego, widać, że nie żaden bandzior, gdy nagle, kilka rzędów dalej. Średniego wzrostu i wieku mężczyzna, wyglądający na pomocnika kowala, wyciągnął spod skórzanego fartucha długi nóż i cisnął nim w chłopa, po czym zerwał się do panicznej ucieczki!

W ostatnim momencie jeden ze strażników uniósł tarczę, a wirujące w powietrzu ostrze wbiło się w nią. To był żołnierski rzut. Dobry, celny, mocny. Nóż przebiłby hełm lub kolczugę.

Zamachowiec przebiegł kilka metrów, gdy jego plecy najeżyły się dziesiątkami bełtów!

Padł...

Hrabia szeroko otworzył oczy, Emma uchyliła usta, tylko Vasyl nie był w pełni zaskoczony.

Maurycy wraz z córką, dopuszczali taką możliwość, że ktoś zakłuci święty spokój zamkowej rezydencji i postanowi zaatakować, ale dotąd klasyfikowali taką sposobność jako marginalne zagrożenie.

Ktoś wtargnął do domu hrabiego!

Strażnicy złapali skulonego na ziemi chłopa, każąc mu powstać.

Nie musiał rozpoznawać kolejnego napastnika, ten sam się ujawnił. Stał obok jednego z żołnierzy, którzy przeładowywali kuszę. Miał na sobie strój cieśli, za pas zatknięty młotek i kilka innych narzędzi. Był podobny do poprzednika.

Dopadł żołnierza przytykając mu nóż do gardła i wciągnął go między kolumnadę krużganek, gdzie zasłaniając się pochwyconym zakładnikiem, zaczął krzyczeć i robić hałas.

-Rzućcie broń! Bo go zabiję! – Wykrzyczał absurdalny rozkaz.

Vasylowi coś tu nie pasowało. Tak nie zachowuje się profesjonalista.

Strażnicy wymierzyli w nich kusze. I tak nie strzelą. Groty bełtów ugrzęzłyby w ciele, a gdyby bandyta zabił swoją jedyną osłonę byłby bezbronny.

-Zabiję go! Nie żartuję! – Ściągnął na siebie uwagę wszystkich, w tym landgrafa, jego żołnierzy i służby na placyku, która profilaktycznie padła na ziemię.

Vasyl zmarszczył brwi. Mężczyzna wykrzykiwał takie bzdury, że aż chciało się zobaczyć co zrobi dalej, jakie słowa wypowie.

Świetnie ściągnął na siebie uwagę.

Ależ oczywiście...

Vasyl obrócił się kładąc rękę na rękojeści miecza.

Od strony rezydencji szedł elegancko ubrany lokaj. Starli ze sobą swoje spojrzenia. „Sługa” hrabiego zacisnął zęby i z tacki, na której stał srebrny dzban i trzy kielichy, podjął długi, srebrzysty puginał! Rękę odchylił błyskawicznie za siebie!

Vasyl nie miał czasu!

W jednej sekundzie wsunął stopę pod długi, czerwony dywan, prowadzący po schodach z rezydencji na plac i kopnął mocno, ciągnąc materiałem!

Dywan pośliznął się na gładkim marmurze, a zamachowiec runął na plecy!

Hrabia, Emma i strażnicy obrócili się i zaskoczeni wbili wzrok w leżącego mężczyznę, gdy tylko taca wraz z metalowymi kielichami i dzbanem, gruchnęła o schody.

Vasyl dobył długiego, wąskiego miecza i wystrzelił przed siebie!

Zamachowiec usiadł i wyprowadził cios!

Ostry sztych koncerza przebił jego pierś, gdy jasnowłosy szlachcic wykonał śmiercionośne pchnięcie. Ostrze, po którym spływała teraz stróżka krwi przeszło na wylot przez płuco napastnika.

Puginał wypadł z jego ręki i upadł obok osuwającego się ciała.

Hrabia spoglądał to na zabitego „lokaja”, to na niejakiego Ulryka Brehna, szczerze zdumiony. Rzucił i przelotne spojrzenie zamurowanej Emmie, sądząc, że wreszcie jej „talent” się przydał.

Za ich plecami rozległ się jazgot.

To strażnicy pojmali ostatniego z trójki zabójców, który zrezygnowany poddał się.

-Oh... – Westchnął hrabia spoglądając z żalem na martwego mężczyznę. – A już miałem nadzieję, że ktoś przyniesie chłodne napoje.

Widok bandyty nie zrobił na nim takiego wrażenia co reakcja młodziana. Jako jedyny tego się nie spodziewał. Szybki i sprawny, a jaki spostrzegawczy.

-Nieczęsto widuję synów bogaczy tak prędkich w oku i w dłoni. – Oznajmił starszy pan przyglądając się mu podejrzliwie.

-Ojca stać było na posłanie mnie do szkoły oficerskiej w stolicy. – Odparł spokojnie Ulryk, zatoczywszy dwa zgrabne koła ozdobnym koncerzem. – Stąd ta pamiątka – schował miecz do pochwy.

-Ach... wojskowy, bardzo mnie to cieszy. Lubię ludzi myślących trzeźwo i zawsze wiedzących co robić. – Maurycy kiwnął na swych strażników, a potem na leżącego na schodach trupa. – Zabierzcie mi stąd to ścierwo i przeszukajcie.

Zamkowi gwardziści krzątali się po całym placu sprzątając po zamieszaniu.

-Z czystej grzeczności powinienem pana zaprosić, panie Brehn, na kolację, w końcu uratował mi pan życie – mówił przemęczonym głosem, jakby bezuczuciowo - temu też grubiaństwem by było zmuszać pana do płacenia za pobyt. Jest pan mym gościem honorowym, kłaniam się wasz mości i hołd biję ku waszemu ojcu, że was zawczasu na misję wysłał.

Hrabia pokłonił się przed Vasylem rozkładając szeroko ręce. Emma, skonsternowana, wykonała podobny gest. W końcu uratował jej ojca. Kilku najbliższych strażników, przyłączyło się doń.

Gdy Maurycy się wyprostował, zażądał widzenia z chłopem. Rosłe draby w zbrojach ruszyły biegiem, by go dorwać i sprowadzić przed majestat.

-Zastanawiam się jak go ukarać... – Ojciec spojrzał na córkę. – Jakieś sugestie?

Justus postanowił się wtrącić.

-Przepraszam, mości hrabio, ale czy nie lepiej go po prostu wypuścić, bez nagrody? Przecież ujawnił wam spisek, bezeń, bylibyście martwi.

Ten zaś rzucił mu przelotne spojrzenie gładząc siwe wąsy.

-Konkretnie, to bez pana, panie Brehn, byłbym martwy, choć on ma swój udział w mym ocaleniu, to fakt. Ale widać jak na dłoni, że chciał się na mej skórze dorobić. Ja się dowiem do jakiej najemniczej organizacji należeli i postaram się by już więcej roboty na tych terenach ich bracia z grupy nie znaleźli, ani w kilku sąsiednich prowincjach. Jeśliby mu naprawdę zależało na zdrowiu pana ziemskiego, to zgłosiłby się do mego pełnomocnika, w mieście. Ten by mnie poinformował w bardziej dyskretny sposób. Fortel zdemaskowalibyśmy w kilka godzin, a ja bym tego prostaka znalazł i sowicie go wynagrodził. On natomiast od razu ruszył do mej posiadłości, strasząc przyjezdnych i wyczekując zarobku. Niech pan, panie Brehn, tą radę zaniesie ojcu, to może nikt nie będzie w nim widział źródła pieniędzy łatwych do zdobycia.

Chłopa podprowadzono, lecz nie na tyle blisko by słyszał dyskretną rozmowę.

-Podwójna danina winna starczyć. – Rzekł przygładzając siwe włosy.

-Ojcze... – Emma ujęła jego ramię. – Tak sobie myślałam, że to chyba zbyt okrutne. Czemu chcesz obciążać całą jego rodzinę?

-Mówił, że ma jednego syna, co się ma żenić dopiero... więc chyba starczy im sił...

-Bądź wspaniałomyślny – zaapelowała przerywając ojcu. – Każ dla niego pal zaostrzyć.

Justus popatrzył na słodką, pełną miedzianych piegów buźkę Emmy, z obrzydzeniem.

-Pal?

-A czy to nie najlepsze rozwiązanie? Starca poświęci się jako przykład dla wioski, nowożeńcy dostaną całą jego ziemię i nie będą musieli pracować dwa razy ciężej, gdy młoda matka będzie się starać o dziecko. Jego ukarzesz, a młodym dasz szansę w życiu.

Vasylowi serce zabiło szybciej, znów miał ochotę na tą bezduszną sukę.

Hrabia z podziwem patrzył w oczy córki. Pogładził ją po rudych lokach. Wysłuchawszy całej argumentacji, pokiwawszy odrobinę głową i przemyślawszy kilka kwestii, odrzekł:

-Słusznie prawisz, kochaniutka... – poklepał ją pieszczotliwie po policzku.

-Ależ panie... – Wtrącił się Justus chcący ratować chłopa. – Chcesz pozbawić rodziny pomocy ze strony ojca, a przyszłego dziadka?

Emma wychyliła się zza Maurycego, obeszła go dookoła i tym razem objęła ramię chłopaka.

-Panie Ulryku - zaczęła wlepiając weń szkliste oczy, pełne udawanego smutku. – A chce pan, by młoda rodzina nienawidziła swojego dziadka z racji jego wybryku, musiała pracować dwa razy ciężej, opiekując się starszym mężczyzną, kobietą w ciąży, a potem i małym smykiem, przez cały czas skrycie złorzecząc o jego osobie i dręczyć się z nim w jednym ciasnym domostwie? Co musieliby czuć, śpiąc w jednej izbie, na ciasnych siennikach, traktując starego jako zło konieczne, przez które muszą dzielić mniej jadła na więcej osób?

Przycisnęła się mocno do jego ramienia, w wiadomym celu. Obfity i miękki biust Emmy zrobił swoje.

Vasyl uciął dysputę. Na chwilę obecną nie obchodził go chłop i jego rodzina, lecz wdzięcząca się doń córka hrabiego.

-W takim razie – zaczął hrabia zwracając się do biedaka, masując przy tym czoło – nie pozostaje mi nic innego, niż nawlec was, dla przykładu.

-Nawlec, jaśnie panie? – Nie zrozumiał.

-Tak... – Odwrócił się od chłopa i trzymających do strażników. – Ustawcie go w jego wsi, na najtęższej sośnie jaką uda się wam ociosać. Do pnia przybijcie, że nawleczon za w spisku uczestnictwo.

Machnął dłonią i odszedł.

-Nie! Wasza miłość! Czym sobie na to zasłużył?! – Biedak skamlał wleczony przez strażników.

Maurycy Siemieński podszedł do obściskiwanego przez Emmę Ulryka i złapał go za ramię odwracając uprzejmie w stronę rezydencji. I dobrze, bo Justus nie mógł uwierzyć w scenę, która się przed chwilą wydarzyła.

-Jeśli można, panie Brehn, zapraszam na kawę. Sprowadzona z daleka, doprawdy wyśmienita. Zechce pan wychylić filiżankę w moim towarzystwie, a być może gustuje pan w trunkach znacznej mocy? Jeden z moich lokajów przechwalał się, że potrafi zrobić wspaniałą nalewkę kawową, grzaną i słodką. – Pociągnął go za sobą po schodach w górę, w stronę masywnych drzwi do bogatej rezydencji zamkowej. - Dostał z razu awans za ten trunek, który sobie wielbię, a proszę mi wierzyć, że ja promocjami wśród personelu nie szastam i na próżno ich nie rozdaję.

Chłopak nie mógł się nie zgodzić. Nie wypadało.

Wtem, wchodząc po schodach coś zauważył. Spoglądał na cień, cień rzucany zza jego pleców, który był cieniem stołpu – najwyższej i najtwardszej wieży zamkowej, od której rozpoczyna się budowę każdej warowni. Na szczycie wieży, według tego co cień ukazywał, znajdowała się masywna, człekokształtna forma. Że też wcześniej tego nie zauważył! Ani hrabia, ani Emma tuląca się do jego ramienia, nie zauważyli niczego podejrzanego.

-Przepraszam bardzo, hrabio, z chęcią skorzystam z zaproszenia, ale wszystko stało się tak szybko, a ja niedawno przyjechałem. Zanim zjawię się na kolacji, chciałbym wrócić do pokoju i odrobinę się odświeżyć.

-Ach, tak, naturalnie... Przepraszam, panie Brehn. Rozkażę w takim razie strażą by pana przepuścili, a służbie polecę by poprowadzili pana do mego gabinetu, gdy pan się tylko zjawi... Trafi pan tu i z powrotem, czy moja córka ma panu towarzyszyć?

-Dziękuję, poradzę sobie. – Odpowiedział zanim Emma zdążyła się odezwać.

-W takim razie, będę na pana czekał. – Hrabia skinął głową z szacunkiem, pozwalając młodzianowi odejść.

***

Wrócił do swego pokoju po przejściu drogi jaką przeprowadziła go dziewczyna. Ostatni odcinek, przez krużganki niższego dziedzińca, przebiegł. Czuł się nieswojo zamykając za sobą drzwi. Dopadły go nerwy, które teraz miotały jego sercem. W środku, w kącie pokoju, na wygodnym fotelu siedział Numitor, krzyżując nogi. Klasnął raz, od niechcenia.

-Brawo, Vasylu.

Nie widział jego twarzy skrytej w cieniu.

-O wszystkim wiedziałeś, prawda? – Spytał z wyrzutem. – Specjalnie posłałeś mnie z tym sztyletem, żeby Emma zaciągnęła mnie... na tamten plac i żebym zauważył trzeciego zamachowca.

Usłyszał cichy, głęboki śmiech.

-Widzę, że moje nauki nie idą na marne.

-Dlaczego wcześniej mi o tym nie powiedziałeś?

-Żebyś się nauczył działać samodzielnie. – Odparł spokojnie. – Żebyś był podejrzliwy, bo wierz mi, w przyszłości, która cię czeka, nie zawsze będę w pobliżu, by uratować sytuację i podpowiedzieć ci co należy na daną chwile zrobić. Zauważ, Vasylu, sam przeprowadziłeś właściwe wnioskowanie, byłeś jedynym, który zamiast przyglądać się „spektaklowi”, analizował fakty i działał.

-Więc to wszystko było planowane?

-Moje zachowanie, tak. Sprawa z czwartym zamachowcem, nie.

-Czyli okłamałeś mnie?

-Och nie... – Sapnął udając, że poczuł się urażony, rozkładając przy tym na boki czarne rękawice. – Ja po prostu nie powiedziałem ci całej prawdy. Gdybym, zachowywał się bardziej spokojnie, nie zmotywowałbym cię do odczucia zagrożenia, twój rozum do dziś był uśpiony przez to, że ufałeś w moją wiedzę i moje umiejętności, a wszak powinieneś przede wszystkim polegać na swoich... – Cicho parsknął. – Wystarczyła odrobinka niepokoju, byś „otworzył oczy”.

Chłopak dyszał... Czuł się jakby został przez przyjaciela wrzucony na głęboką wodę i cudem się zeń wydostał. Prawda, nauczył się pływać, przetrwał, „przyjaciel” słusznie argumentował, że zrobił coś dla jego dobra, choć teraz chłopak miał coraz więcej wątpliwości czy przyjaciel jest rzeczywiście kimś komu można ufać.

-Masz w tym jakimś interes, prawda? – Spytał oczekując jasnej odpowiedzi, a Numitor z mroku widział, że jej brak nie usatysfakcjonuje Vasyla na tyle, by chciał kontynuować znajomość. Miał to wypisane na twarzy.

-Nie będę cię okłamywał - zaczął po chwili namysłu. – Jedziemy na tym samym wózku. Nie jestem jakimś tam altruistą, który chce pomóc pewnemu młodzieńcowi, co to przez przypadek trafił w nie swoją rzeczywistość i nie wie jak wrócić. Możesz surowo oceniać moje czyny, ale to co nas czeka, wcale nie będzie łatwiejsze niż próby, które teraz przed tobą stawiam. Jeśli bym o to nie dbał, zginąłbyś w połowie naszej misji, a jeśli ty zginiesz, to polegniemy i ja i tysiące moich braci. Opowiem ci resztę w swoim czasie, jednakże w rzeczywistości tej, w której teraz się znajdujemy, dojdzie do zdarzeń, po których nieskończone liczby mi podobnych, przestaną być potrzebne, a społeczeństwo, które mnie stworzyło, nie lubi marnować surowców i utrzymywać jednostki nieprzydatne. Co więcej... Rozlew krwi, o którym ci wcześniej mówiłem, stanie się rzeczywistością. Ludzkość nie przetrzyma tych, czasowych „turbulencji”. Przykro mi, że stawiam cię w takiej sytuacji i muszę poddawać cię takim próbom, ale nie mam wyboru. – Odgarnął z twarzy pasemko granatowych włosów. – Nie każę ci wierzyć w moje słowa. Zaufasz mi, bądź nie, to twoja sprawa, ale jeśli możesz, to postaw się w mojej sytuacji.

-Wciąż nie wiele mi mówisz... Jak mam ci ufać, skoro nie chcesz mi odpowiadać na pytania... Skąd jesteś, kim jesteś i tak dalej?!

Numitor powoli wstał, a jego głowa pochyliła się ku drobnemu Vasylowi. Chłopak wiedział, że gdzieś tam, pod sufitem, znajduje się para czarnych oczu, która przewierca go teraz bezuczuciowym spojrzeniem.

-Jak już powiedziałem, dowiesz się w swoim czasie. Nie mogę ci tego wyjawić teraz, bo efekt byłby tego taki sam, jak gdybym ci powiedział co się stanie na placu. Prawdopodobnie zabiłbyś zamachowca, ale stracił umiejętność analizy faktów. A jest i gorsza opcja, wcale mógłbyś go nie zabić. Gdybyś rozglądał się za podejrzanym człowiekiem, lokaj nawet by nie podszedł, a zaatakował gdzieś w posiadłości. Rozumiesz, do czego zmierzam?

-Tak, rozumiem... – Młodzian opuścił głowę i przeczesał jasne włosy.

Chwycił luźny rękaw koszuli i lekko nim szarpnął.

-A to? – Uśmiechnął się będąc jednocześnie wewnętrznie zdegustowany całą sytuacją. – Specjalnie wziąłeś ten cały rynsztunek, nieprawdaż?

-Tak. Oczywiście, że wiedziałem co tu się stanie, przewidziałem też, że hrabia zaprosi cię na kolację. I dobrze nam to posłuży, bo zamiast włóczyć się po okolicy landgraf będzie sobie gaworzyć z nowopoznanym gościem, nie dając się zaskoczyć czwartemu zamachowcy.

-Właśnie... Co z nim? Też mam go wykończyć?

-Nie, ty się dobrze posilisz, pogadasz przy smacznej nalewce, a potem co bardzo prawdopodobne, będziecie się z Emmą pieprzyć jak króliki... Ja załatwię czwartego, a w zasadzie „czwartą”, była na placu i rozpoznałem ją. Wiem gdzie się ukrywa.

-Zaraz... – Vasyl podszedł do stolika, na którym rozłożył swój bagaż. – Sądziłem, że mieliśmy dopaść Sarę Vian, nie jej pomagać? Przecież jeśli tu była, a hrabia powie agentom, to co chcą usłyszeć, pomożemy ją tylko kryć.

-To prawda, ale żeby walczyć z wrogiem, potrzebujemy jego broni, potrzebujemy jego narzędzi by naprawić co zostało zniszczone.

Numitor obszedł powoli pomieszczenie, stukając palcem w wargi.

-Sara ma jedną księgę - kontynuował - a my potrzebujemy dwóch, by przystąpić do działania. Niestety nie mam pojęcia gdzie się znajduje ta druga, wiem, że gdzieś w Kasaimie, ale to Sara zna jej dokładną lokację. To tak jakbyś chciał naprawić dom, ale potrzebne do tego narzędzie ma twój wróg. Zamiast go zabijać i błądzić, ułatwiasz mu drogę i go śledzisz, by w końcu wyjął przedmiot ze skrytki... Potem przystępujesz do dzieła i zabierasz to czego potrzebujesz... To jedyna droga.

-Rozumiem... – Westchnął ciężko. – Tylko... to się wydaje tak rozległe i... i złożone, ja nie wiem czy podołam...

-Dlatego musisz mi zaufać, jeżeli będziesz się stosować do mych rad i próśb, wszystko się uda.

Chłopak odetchnął wpuszczając do serca odrobinę ulgi. Wciąż czuł przygnębienie, ale to i tak lepiej niż być osamotnionym i nie wiedzieć co robić. Numitor wiedział, a to co robił i mówił świadczyło o jego profesjonalnym podejściu do sprawy, o jego wielkiej determinacji. W końcu dziś odniósł sukces, a olbrzym w czerni wróżył mu jeszcze większe zwycięstwa. Warunek – nie zbaczać z wytyczanej przezeń ścieżki.

-A teraz, przygotuj się, uczesz, ogól jeśli chcesz i idź Vasylu, czeka cię ostatnie zadanie dzisiejszego dnia.

Chłopak obrócił się i spojrzał na wielkoluda z lekkim wyrzutem.

-A właściwie... To czemu ciągle mówisz do mnie „Vasylu”? Mam też inne imię.

Numitor wzruszył ramionami dając mu do zrozumienia, że dlań ta sprawa wydaje się być błaha.

-Jeśli chcesz, mogę ci mówić „Tereso”...

***

-Nie wiem czy mu ufam - syknął Wingo ponownie upchnięty z Baflinem na jednej kobyle. Marudził Nerze, że ten „koleś”, który jechał przed nimi, i któremu dali konia, to na pewno jakiś złodziej, oszust, szpieg, a przynajmniej cwaniak.

Wojowniczka biorąc pod uwagę całą antypatię jaką czuła do rasy ludzkiej, dodając do tego odrobinę sympatii do rudzielca, za pomoc w ucieczce i uratowanie życia, musiała się z nim zgodzić w danej materii. W szlachcicu, który im towarzyszył było coś podejrzanego, dlatego postanowiła związać siodło jego i swoje liną wspinaczkową. Męczyło ją to całe przemierzanie powierzchni... Znów robiło się ciemno... Chciała wrócić do domu, do jaskiń, do podziemnych miast, do czystego od smrodu powietrza, do czystej wody, skalnych źródeł i jezior, gdzie woda była zimna i słodka od minerałów, gdzie nie było żadnego wiatru, gdzie mogła położyć się w swoim domu, zdjąć kombinezon, oręż zdać w zbrojowni i pospać przez tydzień, spotkać się z braćmi i siostrami od miecza, porozmawiać na „swoje” tematy. W końcu musi powiedzieć synkowi Teleriona, co się stało, a jego partnerce, że już jest wolna. Był dobrym mężczyzną, musiała to przyznać, jednym z niewielu partnerów, którzy kochali swoje partnerki i dzieci.

Quereal zginął... teraz cała jego posiadłość przejdzie na nią. Generał był najwspanialszym elfem jakiego poznała w zyciu, traktował ją surowo, ale z honorem i szacunkiem. Był wymagający, przygarną ją i nigdy nie okazywał jej wzgardy, w przeciwieństwie do innych, znających jej przeszłość.

Ach, jak bardzo tęskniła za domem!

Ale najpierw obowiązki.

-Też mu nie ufam. – Odpowiedziała, opierając kciuk na długim nożu u pasa. – A niech tylko źle na mnie spojrzy...

Pół dnia spędzili na jeździe w stronę gór, wzdłuż stawianych umocnień. Zajechali tak daleko, że trafili na przerzedzoną część warownej linii, gdzie żołnierze dopiero dotarli i stawiali płoty. Być może faktycznie szlachetka miał rację, być może jest tu jakieś przejście.

-Wiesz jak wyleźć przez kordon po drugiej stronie lasów? – Spytała stanowczym głosem.

-Ależ pewnie, droga pani. – Zaśmiał się mężczyzna w czarnym, eleganckim stroju, przygładzając długą kozią bródkę. – Giovanni zawsze ma w zanadrzu jakieś rozwiązanie.

-To może szepniesz nam słowo na ten temat?

-Ach, jest tam taki mały, nieoficjalny szlak przemytniczy, prowadzący przez bardzo stare szyby kopalniane. Toż to większość znaczna wam powie, że szaleństwem jest się w te ciemne szyby zapuszczać, bo zawalić się mogą w każdej sekundzie... Co jest prawdą jakby nie spojrzeć. Sęk w tym, że te na prawdę „ważne” szyby, jeśli pani wie co mam na myśli, są pielęgnowane i twardsze niż mury niejednej fortecy. Trzeba tylko mieć w zanadrzu jakiegoś przemytnika, by bezpiecznie przeprowadził.

-Byłeś przemytnikiem? – Spytał Wingo.

Szlachcic zaśmiał się rubasznie.

-Ależ, oczywiście, że nie! Giovanni Gacciano nigdy się bandyckimi występkami nie interesował i nie zamierza...

-To skąd o tym wiesz? O tych całych tunelach?

-Ach, była jedna taka liderka przemytników... Naprawdę, palce lizać.

-Rozumiem... – Odburknął Wingo nie chcąc kontynuować tematu.

Zbliżyli się do kolejnego, strzeżonego przyczółka, który wyglądał dość komicznie ze względu na całokształt postępu w pracach budowlanych nad umocnieniami.

Dwie budki strażnicze, szlaban między nimi, a dookoła... nic.

-Po kiego pieruna żeśmy tu podjeżdżali? – Spytał krasnolud. – Adyć moglim, przefrugnąć bez te puste pola.

-Pozwólcie, drodzy panowie i drogie panie, że porozmawiam sobie z tym strażnikiem. – Zaśmiał się szlachcic, kłaniając im w siodle.

Jedyną osobą, która się nie odzywała była Sindeya. Nie była zła na jej mroczną kuzynkę, a wręcz pozwoliła jej uwierzyć, że czuje się urażona, pozwoliła jej wierzyć, że skoro dostała wciry to będzie grzeczna, pokorna i spokojna. W głębi serca śmiała się do siebie wyczekując okazji by zbiec. I tak spotkają się w tym samym miejscu, co więcej kapłanka nawet poczeka na drogą przyjaciółkę, by zobaczyć jej minę.

To co naprawdę ją denerwowało i wprawiało w zakłopotanie, były głosy, które słyszała w szumie traw i drzew. Jako kapłanka Kedebry, słyszała głosy w modlitwie i medytacji, a że byli z dala od lasów Dolfe, głosy były niezwykle ciche i trudne do zrozumienia. Ktoś się organizował, tyle zdążyła zrozumieć, głównie dlatego, że jej męczeni w Deirunie bracia i siostry, zakłócali swymi chaotycznymi pojękiwaniami zmysł jej telepatii, co mogło być celowym działaniem paladynów. Oni zawsze myśleli na wielu płaszczyznach... Taka dezinformacja może im pomóc.

Zmrużyła oczy.

Słońce właśnie zaszło za horyzontem, to dobrze, w ciemności jest spokojniejsza, łatwiej jej się skupić. Serenady świerszczy wprawiały w trans, co także pomagało jej oczyścić umysł z niepotrzebnych myśli i skupić się na jednym.

Słyszała coś o Gaju Złotych Dam - stowarzyszeniu najwyżej postawionych w hierarchii kapłanek, stanowiących władzę kolonii... Uszły z Ykkercast... osiadły w górach, otoczone przez doborowe oddziały Złotych Grotów. Za to bogata szlachta... ci wierni ideałom Złotego Imperium, nie rządowi kolonialnemu, postanowili wyruszyć z powrotem do stolicy by ją odbić i walczyć... Głupcy, zawsze byli butni, bogaci, dzielni – to fakt i do tego honorowi, ale zbyt pyszni by zdać sobie sprawę, że idą na śmierć... Usłyszała, że kapłanki wybrały Dyktatora i oddały mu władzę... I coś jeszcze... Szlachta nie słucha, a to standard – pomyślała sobie... chcieli by to ich przedstawiciel został obwołany Dyktatorem... dobre, wyśmienite, bardzo śmieszne... Co tam jeszcze? Ach tak. Wzywają, by ci, którzy przetrwali uszli w góry, na twarde skały, gdzie mgła nie dociera, a otwory w ziemi nie powstają, tam gdzie jest zwierzyna, czysta woda i nieskażona roślinność... Przekazywali, by się pospieszyć, im szybciej zbiorą wystarczająco dużo sił, tym szybciej ruszą z odsieczą potrzebującym.

Sindeya się skupiła wypuszczając powoli powietrze.

Idźcie do Ykkercast bracia i siostry, przybędą posiłki. W słońcu Kederby powrócę z apostołami. Wam oddana, Radosna w Łzach.

Radosna w Łzach, jakież piękne imię jej nadano. Teraz się zorientowała jak bardzo jest adekwatne do sytuacji. Nie trzeba dodawać żadnych „Mam nadzieję, że się uda.”, czy „Mimo strasznych krzywd i smutku, raduję się bo nadciąga pomoc.”

Shean Di... Radosna w Łzach, a w uproszczonym, kolonialnym dialekcie Sindeya.

Uśmiechnęła się. Pracowała bardzo długo by jej słuchali, by zdobyć wysokie miejsce w hierarchii. Na oczach sióstr z Gaju Złotych Dam tak gorliwie czciła Kedebrę, że po wielu latach wzorowej posługi, nie powinni mieć wątpliwości co do wagi jej słów. Na pewno ktoś ją usłyszał, a jeżeli tak, to posłucha i nawiąże kontakt, by dowiedzieć się w czym rzecz i co się dzieje. Sindeya powinna częściej przekazywać te informacje. W końcu robi Ottonowi przysługę. Zaserwuje mu całą kolonię jak na talerzu, a i Numer Cztery winien być zadowolony. Jego ludzie obeszli się z nią przyzwoicie... O ile można ich nazwać ludźmi.

Potem odpłynie do ojczyzny, a wtedy Książęta ukorzą się przed nią i przyznają, że miała rację.

Shean Di... Ileż to lat minęło odkąd ostatni raz słyszała swoje imię poprawnie wypowiedziane?

Rzuciła przelotne spojrzenie na Nerę. Nie przejmowała się nią, to jeszcze dziecko... Ile może mieć, z osiemdziesiąt lat? Toż to dziewczynka. Może kiedyś zrozumie, co to być przedstawicielem swej rasy, co to z sobą niesie, jakie doświadczenia i jakie nauki oraz z jakim wiekiem one przychodzą.

Jej nie musi się obawiać. Winna raczej dołożyć wszelkich starań, by nie zawieść Ottona.

Powiedzieć, że był kimś wyjątkowym to za mało. Znała wielu wyjątkowych, on zaś był jedyny w swoim rodzaju.

Zrobiłby dla niej wszystko, absolutnie wszystko, dlatego był przydatny, lecz Sindeya wiedziała, że Otton zrobiłby wszystko również dla nieśmiertelności. I gdyby miał wybierać między nią, a nieśmiertelnością, nie wątpiła, że byłaby na przegranej pozycji. Otton ją ubóstwiał i uwielbiał ją „smakować”, zarówno w przenośni jak i dosłownie.

Na ścieżce życia jaką obrał panowała wszechogarniająca go obojętność, gdzie Sindeya, dzięki swemu silnemu darowi nie poddała się zgubnemu działaniu klątwy wieczności, jaka spadła na paladyna. Kontakty z nią wciąż dostarczały mu doznań. Dzięki niej, wciąż pamiętał co to uczucia...

Rozumiała czemu jest dlań skarbem, którego nie będzie chciał łatwo wypuścić z rąk. W jego świecie, gdzie jadło i trunki nie mają smaku, a spożywanie ich przypomina żucie papieru i picie popiołu, ona jedna była słodką i wonną istotą, której skórę mógł całować, lizać i czuć jej smak, w której włosy mógł się wtulić i czuć ich zapach. Gdyby teraz od niego odeszła, wzbudziłaby jego gniew i tego się obawiała...

Mogłaby uciec do ojczyzny i czekać tysiące lat, lecz znała go na tyle dobrze, by wiedzieć, że on nie zrezygnuje, przybędzie po nią i należycie ukarze. Był jednym z niewielu, który używał swojego gniewu, furii i szaleństwa w osiąganiu celów... Tak, to dobre słowo - „używać”. Podczas gdy inni dawali się im ponieść, Otton jako jedna z niewielu wyróżniających się istot, które Sindeya w życiu poznała, okiełznał swą wewnętrzną pasję i przeistoczył w niebezpieczny oręż... Co najważniejsze, potrafił nim władać.

Zauważyła jego dar, dawno temu, gdy młody Otton, był oficerem w Deiruńskiej armii i słusznie postąpiła, że zainteresowała się jego osobą. Widziała wiele i z oczu mężczyzny wywróżyła jego wielką karierę, a była w nich olbrzymia determinacja, nieposkromiona ambicja.

Kilkadziesiąt lat później, wzorowo przeszedłszy wszystkie próby, dostąpił zaszczytu uczestnictwa w zakonie wiecznych strażników Pana Sądu.

To wszystko przyprawiało ją o dreszcz emocji. Bała się nieznanego w jego oczach, bała się bezkresu mocy po jaką Otton może jeszcze sięgnąć w swym gniewie, bała się nie mogąc przewidzieć jak może się skończyć igranie z nim... Choć tysiące lat żyła, choć wiele widziała, rozgryzienie jego osoby nadal stanowiło trud nie do przebycia...

I to ją właśnie rozgrzewało, sprawiało, że się czerwieniła, że na jej twarz wypływał rumieniec, serce zaczynało bić szybciej, a z jego głębi płynął głos, którego nie potrafiła rozpoznać, a który nakazywał jej by stać u jego boku i pozwolić mu zlizywać krople potu perlące się na szyi, drugi zaś głos, ten cichy, z głębi umysłu, ledwo słyszalny, przez zakłócającą go serenadę organizmu, krzyczał: „Uciekaj!”

Zatęskniła za człowiekiem... Za człowiekiem?

Żałosna jesteś, Shean Di. – Rzekłby jej krajan z dalekiego imperium.

Zatrzymali konie.

Niejaki Giovanni zeskoczył z konia i podszedł dumnym krokiem do pulchnego gwardzisty, który ciągle poprawiał spadające z nosa okulary.

-Roberto! – Uśmiechnął się szlachetka, rozkładając szeroko ręce.

-Gacciano?! – Wystraszył się strażnik odskakując w tył. – Cz... Cz... Czego tu chcesz?!

-Przywitać się.

-Ooooo Nieeee! Łapy precz! Ja przez ciebie zawsze mam jakieś problemy!

-Słuchaj, Roberto... Zrobimy tak. Przepuścisz mnie przez to przejście, a ja zniknę.

Pulchny żołdak rozejrzał się dookoła, obserwując puste połacie terenu, wokół szlabanu.

-Przecież możesz przejechać w każdej chwili!

-Nooo... – Giovanni wsparł się pod boki, podkręciwszy wąsik. – Ale ja chcę przejechać za przyzwoleniem zacnego oficyjera. – Elegancko gestykulował. – Gdzieżbym śmiał łamać prawo.

-Chcesz mi powiedzieć, Gacciano, że mam ci pozwolić na przejechanie, tak?

-Zgadza się.

-Żebyś mógł pojechać, o tam? – Wskazał palcem na ciemne lasy.

-Nie inaczej.

-Tam gdzie grasują liczni bandyci, wściekli chłopi poszukujący ofiary by w niej ostrze umoczyć, którzy zabiją i okradną każdego, kto ma choć dobrą parę nieprzetartych butów i nie przepuszczą nikomu, zgadza się?

-Tak.

-Chcesz iść na pewną śmierć?!

-No, skoro obrałeś taką retorykę, to w jej świetle odpowiedź brzmi: „Tak”.

Pulchny strażnik wpatrywał się weń z niedowierzaniem.

-To wspaniale! – Wystrzelił nagle uradowany jakby wygrał całe królestwo we władanie.

Ruszył unosić szlaban. Spełniały się jego marzenia! Giovanni Gacciano chce pójść tam, gdzie na sto procent odetną mu łeb! Nigdy więcej Giovanniego! Hurra!

-A już myślałem, że dzień będzie nudny! – Grubasek w zbroi pisnął radośnie, ocierając palcem łzę szczęścia spod oka.

Szlachcic opierając dłoń na rękojeści szpady, wskoczył na grzbiet wierzchowca, gdy wszyscy przyglądali mu się z lekkim niedowierzaniem.

-Na moje oko, jego entuzjazm w stosunku do twojej osoby jest nieco podejrzany. – Stwierdziła wojowniczka.

-Ależ droga pani... – Zerwał z głowy elegancki kapelusz, przyciskając go do piersi. – Tak to już jest, że niewielu potrafi się oprzeć memu wewnętrznemu urokowi... No bo, czy można odmówić, gdy mężczyzna wychowany w rycerskiej tradycji ładnie i uprzejmie prosi?

Nie odpowiedziała... Miast tego wysoko uniosła cienką czarną brew.

***

-Ach, pan Brehn! – Uśmiechnął się pan dworu przygładzając wąsy. – Dobrze, że pana widzę. Napijmy się.

Hrabia uniósł dwa kieliszki gorącej nalewki i ruszył w kierunku młodego mężczyzny, przebywając elegancki gabinet wyłożony ciemnym drewnem. Całe pomieszczenie zdobiły płaskorzeźby wykonane w bodajże mahoniu lub hebanie, czego Vasyl nie był w stanie dokładnie stwierdzić, nie znał się zbyt dobrze na ciesielce. Przez środek gabinetu ciągnął się czerwony dywan. Trzy wysokie okna przesłaniały koronkowe firany, ciężkie kotary zsunięte na boki. Na jednej ze ścian, ogromnych rozmiarów mapa handlowa znanego ludziom świata z nakreślonymi liniami wyznaczającymi szlaki. Na specjalnych stelażach, nad mapą, umieszczone cyrkle, rysiki, szkła powiększające. Przed mapą zaś szerokie biurko pełne listów, dokumentów i przyborów codziennej pracy oraz wygodny fotel obity czarną skórą. Po drugiej stronie biurka, podobny, choć nieco skromniejszy.

Vasyl skinął głową starszemu panu i odebrał kieliszek.

Oboje wychylili jednym haustem ciepły mocny napój stuknąwszy się uprzednio kieliszkami. Nie wznosili toastów...

-W czym rzecz, panie hrabio?

Landgraf odwrócił się w stronę biurka i zaprosił go grzecznym gestem.

-Proszę, rozgośćcie się, panie Brehn.

Oboje podeszli do wyznaczonych foteli i usadowili się wygodnie.

-Chce pan wiedzieć w czym rzecz? – Magnat skubnął czubek nosa. - Otóż, jestem człowiekiem interesu i wiem jak bardzo wy, Kasaimczycy cenicie dobry biznes.

-Rozumiem.

-Czy mogę się dowiedzieć, w jaką branżę zamierza zainwestować pana ojciec?

Vasyl spoglądał mu spokojnie w oczy.

-Planował zbudować sieć sztolni do pozyskiwania barwników odzieżowych. To dobry interes, jeśli znajdzie się odpowiedni teren. Nie będę brnął w geodezyjne szczegóły, od tego są specjaliści i tych zamierzam wynająć, w każdym razie, w starych, wyschniętych korytach rzek, tak przynajmniej jest u was, znaleźć można specyficzny rodzaj glonu dostarczający barwników od głębokiego brązu, po intensywną żółć.

Vasyl uderzył w samo sedno, jak radził Numitor. Hrabia to przedsiębiorca, który specjalizuje się w szwalniach, a interes polegający na handlu tkaninami, zawsze widział jako coś godnego poświęcenia uwagi. Coś co oscyluje wokół jego specjalizacji – to temat, o którym chciał coś usłyszeć. Vasyl musiał być jednak ostrożny, by nie uderzyć w konika rozmówcy... Jeszcze może się zdradzić.

-My szukamy pokładów podobnych glonów – kontynuował – pod ziemią. Te sfermentowane resztki, a niekiedy i skamieliny, pozwalają otrzymać z jednego grama urobku nawet trzy litry barwnika. Substancja jest bardzo stężona.

Hrabia wysłuchał ciekawego wywodu.

-No, no... – Przygładził wąs. – Wiele wiem o waszym doskonałym przemyśle, ale żeby robić „kopalnie farby”. Ciekawe... Nigdy wcześniej o tym nie słyszałem.

-To nowy pomysł. – Odpowiedział szybko chłopak, nie dając hrabiemu czasu do wysnucia podejrzeń. – Ojciec wyczuł niszę w tej dziedzinie, więc postanowił szybko zainwestować. Póki co, są dwie takie kopalnie na terenie Kasaimu.

Po tym kłamstwie, landgrafowi błysnęły oczy.

-Tylko dwie? – Otworzył usta ze zdumienia.

-Jak powiedziałem, to nowa koncepcja, choć przynosi duże profity.

-Tylko dwie, na całą republikę? – Spytał raczej sam siebie, ignorując chłopaka. – Przecież to prawie żadna konkurencja... i raczkujący interes.

-Dokładnie.

-Panie Brehn... Chciałbym, by przekazał pan ojcu mój list. Chciałbym kupić od niego pierwszą porcję barwnika, po standardowych, rynkowych cenach, niezależnie od tego jaki będzie kolor. Jutro wręczę panu na piśmie mą propozycję w szczegółach.

-Ależ hrabio, jesteście pewni? Ceny będą znacznie niższe, to jest właśnie siła tego rozwiązania.

Starszy mężczyzna zaśmiał się cicho splatając palce i opierając się wygodnie o oparcie fotela.

-Uratowaliście mi życie, chłopcze, zatem jestem wam coś winien. Gdy kupię pierwszą partię barwnika po standardowej cenie, spłacę swój dług, a pana ojciec dostanie potężny zastrzyk gotówki na rozwój zakładu... Mam nadzieję, że rozwinie przez to swój zakład szybciej i wyprzedzi konkurencję, skoro biznes raczkuje... Możemy się przez to zmówić na wzajemne współdziałanie gospodarcze. Ugramy więcej, a Zaudran to potężny rynek zbytu, pan to wie.

-Będę zaszczycony móc przekazać ojcu tą szczęśliwą wiadomość. Oczywiście nic nie obiecuję, jak to w interesach, choć z chęcią przybędę by wręczyć odpowiedź od ojca, zobaczyć się z moim obecnym gospodarzem, jego piękną córką.

-Zawsze będziecie mi gościem, panie Brehn... Ach... jeśli to nie kłopot...

-Proszę.

-Jesteście kawalerem?

-Naturalnie.

-Zaręczeni?

-Nie.

-A macie kogoś tam, na oku?

-N-nie... Raczej nie. Tylko „przelotne” znajomości.

-Rozumiem... – Starszy mężczyzna uśmiechnął się, zadowolony z odpowiedzi. – Jeśli byłby pan zainteresowany współpracą na poważnie, sądzę, że przeforsowałbym w cesarskiej radzie gospodarczej wyłączność na import dla pana ojca.

-Ależ, mości gospodarzu, skąd taka hojność?

Hrabia oparł łokcie na twardym, lakierowanym blacie biurka z ciemnego drewna.

-Nawet nie wiesz młodzieńcze, jak sowicie wynagradzam tych, którym jestem coś dłużny, ale! Nic nie pozostawiam przypadkowi i oczekuje podobnych uprzejmości... Tak załatwiamy sprawy w cesarstwie. Ręka, rękę myje.

-Rozumiem... W zamian, chcielibyście hrabio, by mój ojciec załatwił ulgę celną dla waszych produktów.

-Bystry z pana młodzieniec. Ojciec musi być z pana dumny.

-Mam nadzieję, że jest. Tylko, że mój ojciec jest zapalonym wolnorynkowym ideologiem i raczej wzbrania się od takich praktyk.

-Ale lubi brzęk monet, nieprawdaż?

Ulryk się uśmiechnął.

-Ideologią rodziny nie wykarmi.

Hrabia Maurycy powoli wstał i postanowił, że zasłoni kotary, skoro słońce i tak już zaszło. Złapał za czerwoną płachtę i pociągnął ją za sobą. Nigdy nie lubił wołać służby by ta wykonywała zań tak proste czynności, nie jest w końcu przewlekle chorym, czy jakąś rozpieszczoną babą jak jego żona.

-Chyba nie muszę panu przypominać...

-Ależ nie ma powodu, panie hrabio – zaśmiał się Ulryk Brehn, przerywając starszemu mężczyźnie. – Po cóż, miałbyś mi przypominać, że rozmowy nie było, skoro rozmawialiśmy o jeździe konnej i polowaniach?

Otrzepawszy czerwony kontusz i potarłszy czoło, Maurycy Siemieński odwrócił się doń uśmiechnięty i pokiwał w powietrzu palcem.

-Słuszna uwaga.

Chłopak wstał z miejsca, gdy landgraf podszedł doń i poklepał po ramieniu.

-Chodźmy zatem się posilić, moja małżonka nie może się doczekać by poznać tego, co ukrócił dziś spisku i ode śmierci mnie uratował. – Zaśmiał się starszy pan otwierając przed chłopakiem drzwi do przedsionka.

Wyszli i udali się do sali jadalnej.

Gabinet ogarnęła cisza.

Po jakimś czasie, ciężka kotara poruszyła się. Wydął nią podmuch wiatru. Szum...

I znów cisza... Ciemny materiał zwisał z ozdobnego, złotego karnisza, jak uśpiona istota.

W mrok pokoju wbił się Numitor, wychodząc powoli i dumnie zza zasłony. Był ledwo widoczny mimo swych rozmiarów, a poruszał się nie wydając najmniejszego dźwięku. Gdy chciał, stąpał głośno, na tyle głośno, że jego młody kompan był go w stanie rozpoznać z drugiej strony zatłoczonej ulicy, podczas gdy ten po prostu beztrosko szedł... Teraz jednak w pomieszczenie bił „hałas” jego ciszy.

Drewniana podłoga winna zaskrzypieć... Nic.

Połcie materiału czarnego płaszcza mogły zaszumieć w każdym momencie... Nic.

Komuś, kto hipotetycznie mógłby go obserwować, zdałoby się, że to sama ludzka twarz pozbawiona oczu, brnie przez pokój ciągnąc za sobą mrok.

Chwycił za klamkę i bezgłośnie wniknął w sąsiednie pomieszczenie.

Zatrzymał się na chwilę w skromnej poczekalni, opustoszałej i cichej.

Pora ją zlokalizować.

Naprężył mięśnie... Odetchnął głęboko i zatrzasnął powieki.

Przechylił głowę, a na jego szyi, tuż pod żuchwą nabrzmiała czerwona bulwa. Rosła osiągając rozmiar męskiej pięści. Pod skórą Numitora pełzły czerwone, wrzecionowate obiekty wijąc się w ogromnej chmarze, pulsując i przeplatając jak gromada robaków wyciągnięta prosto z pożeranych zwłok.

Nagle, wszystkie wystrzeliły brnąc pod jego skórą, rzekami, w stronę oczu. Jak glisty czy dżdżownice, pełzły pod twarzą, na której malowała się ledwo widoczna nutka bólu. Wszystkie wniknęły w oczy...

Po jego bladym czole spłynęła kropelka potu, którą błyskawicznie starł palcem w rękawicy i zlizał, nie chcąc marnować zapasu wody.

Powoli otworzył oczy...

Te nie były czarne.

Teraz oblepione przez setki drobniutkich, krwistoczerwonych kształtów tańczących na sobie. Jak gdyby żyłki w oku zwykłego człowieka urosły, ożyły i postanowiły wyjść na powierzchnię tocząc ze sobą batalię.

Odsapnął spokojnie... nieprzyjemną część ma za sobą.

Spojrzał nowym wzrokiem na okolice.

Kształty i formy widział mgliście, wszystko skąpane w czerwieni – wściekłej i pulsującej.

Widział przez całą rezydencję jak przez ciecz. Dziesiątki białych punkcików jawiły się niczym gwiazdozbiory... to płomienie świec.

To na czym postanowił się skoncentrować, to plątaniny białych nici przypominające ludzkie formy zrobione z makaronu, bądź kłębków włóczki. W każdej z takich ludzkich figur, widział dudniące serce i niemal słyszał jego bicie, a na pewno bezbłędnie potrafił określić co za emocje przeżywa dana osoba. Oglądał parady układów krwionośnych pulsujących ciepłem zza ścian. Rozróżnienie płci nie stanowiło problemu ze względu na cechy charakterystyczne.

Teraz Numitor szukał. Wiedział, że ona tam jest. Miał świetną pamięć, a nie ma dwóch osób z identycznym układem żył. Jeśli ją zobaczy, już mu nie ucieknie. Przyjrzał się jej na placu. Rozpoznał całą czwórkę po biciu serc i zachowaniu. Nie musiał poznawać twarzy... Wiedział kogo szukać...

To Numitor, on wie wszystko.

Przejrzał przez dziesiątki komnat przyglądając się głównie niższej rangą służbie. Wiedział, którzy służą landgrafowi i to bardzo dobrze, a wszystko dzięki biciu serc. Ci najwyżej postawieni, byli spokojni, opanowani, a ich jedynym zmartwieniem było dyrygowanie resztą sług w posiadłości. Podwykonawcy czuli strach przed panem, a większy przed przełożonymi mającymi pełnomocnictwo w karaniu za niedociągnięcia. Najgłośniej i najszybciej biły serca najniższej służby, tej która bała się utracić pracę, a przed każdym dziennym wyzwaniem, takim jak posiłki, spotkania, ścielenie łóż, podawanie przekąsek i trunków, sprzątanie, ich serca łomotały jak szaleni kowale w pracowniczym amoku, walcząc z czasem i starając się nie popełnić żadnej pomyłki. Dobrą porę wybrał na wyśledzenie zguby... Na takim głośnym tle, pełnym waleń i jazgotów, jej serce będzie niczym punkt ciszy, niczym bezwietrzny obszar spokoju w oku cyklonu, dookoła którego szaleje tajfun.

Nasłuchiwał i wyglądał serca, które nie daje echa, a uderza właśnie najciszej jak potrafi - bo nie chce być zauważone...

Uśmiechnąłby się, czy powiedział coś sarkastycznego, gdyby był zwykłym człowiekiem. To był Numitor, nie musiał wypowiadać słów, ni okazywać ludzkich uczuć...

Serduszko znalazł... i ciągnące się zeń żyły – błyszczały, cudownie błyszczały. Jak sieci rybackie wyciągnięte z wody, z których jeszcze ściekają krople i mienią się, gdy patrzeć na nie pod słońce.

Upewniwszy się, że nikt nie zauważy go na korytarzu, bezgłośnie weń przeniknął, ruszając w głąb rezydencji.

Wierzył swej przywołanej chorobie, darowi jego cywilizacji.

Uważajcie, bo was widzi...

***

Edmund obudził się w fotelu, w swoim pokoju.

Bolała go głowa, było mu niedobrze i co najgorsze, nie pamiętał co się działo... Czuł się jakby ktoś wyrwał z jego życia kilka godzin... Cuchnął ostrym, alkoholowym zapachem. Przez resztki świadomości przypomniał sobie, że ten stan to właśnie upojenie alkoholowe - był pijany!

Ale, jak to możliwe?

Mógł przysiąc, że nic nie pił. Nic, a nic, ani kropelki...

Nie mniemał, on to wiedział...

Spróbował wstać, a nogi odmówiły mu posłuszeństwa. W głowie mętlik! Świat zawirował, a jego skromny pokój wydał się mu taki wielki, ogromny. Rósł i kurczył się, ściany pulsowały chcąc go „uderzyć”.

Nie miał siły by unieść głowę... Wsparł brodę na piersi i spróbował się rozejrzeć... z ust pociekła mu stróżka śliny. Czuł zgagę, jak wzbiera w jego przełyku, a może to i gorzej, zaraz zwymiotuje...

Odetchnął z trudem, próbując się na czymś skupić, skoncentrować, tak by wirujący do koła świat go nie zemdlił.

Spojrzał na puste butelki ginu leżące obok fotela.

Skąd się tu wzięły?

Jasny gwint! Nic nie pamiętał! Ale przecież nie można się upić niczym i nie można się upić bezwiednie... no bo jak?

Może trochę przeholował i z jakiegoś powodu postanowił się urżnąć?

To jest jakaś koncepcja... Tak.

Miał dostęp do ginu i lubił ten trunek, był tańszy niż wino i łatwiej mógł się wystarać o jakąś butelkę w mieście. To co go denerwowało, to że jeszcze nigdy nie upił się tak bardzo, żeby nie pamiętać samego procesu spożywania, a co dopiero nabycia w sklepie, czy powodu dla którego sięgnął po butelkę. A może to dlatego, że mało pił? Słyszał opowieści, o takich co się budzą na pokładzie w obcym porcie po tygodniu i ze zdumieniem odkrywają, że znów zapisali się do marynarki.

Może to coś w tym rodzaju?

Z trudem wstał i chcąc ruszyć w stronę swego łóżka musiał wykorzystać stół jako podporę. Nagle stracił równowagę i runął na kolana zmiatając ze stołu to co na nim stało, włączając w to pusty, srebrny świecznik, stos kartek i kałamarz, który uderzywszy w podłogę zmienił formę w garść drobnych szklanych odłamków.

Na podłodze, wokół jego kolan utworzyła się kałuża ciemnego inkaustu, szybko wsiąkającego w spodnie. Edmund opadł połową siebie na łóżko, a kolanami podczołgiwał się by na nie wpełznąć. Nadepnął na szklany okruch!

Zabolało, lecz odrętwienie wzięło górę nad bólem tak samo szybko, jak ten dotarł do jego świadomości. Z jego nogi pociekła krew... Nie miał pojęcia na jak ostrym kawałku ułożył nogę.

Chciał spać...

Zamknął oczy. Na miękkim mu wygodniej.

***

Służka w długiej do kolan czarno-białej sukience wspinała się po schodach niosąc wazonik z kwiatami. Zastanawiała się czy ciemną apaszką dobrze zakryła bliznę na szyi. Stąpała spokojnie, a była zdenerwowana. Przeszkadzała jej myśl, że gdzieś na terenie posesji, jest ten blondyn co uratował Siemieńskiego od pewnej śmierci. Najpierw powinna wyeliminować jego, potem poderżnie gardło landgrafowi. Z drugiej strony, to trochę ryzykowne.

Powinni spożywać właśnie wieczerzę, to wyśmienicie... Ma w kieszonce pod fartuchem kostkę strychniny. Wrzucenie jej do herbaty i zaserwowanie, nie powinno być problemem, tym bardziej, że tam skąd pochodzi specyfik, alchemicy trudzący się truciznami nadali mu słodki smak, a sama substancja ponoć jest bardzo stężona.

Nie obchodziły jej szczegóły, ważne, że wie jak tego draństwa użyć.

Jeden łyk i minuta życia...

Tylko by ten młody jej nie przeszkodził!

W korytarzu, przez który szła do jadalnej komnaty, panował mrok.

Zaniesie im wazonik, rozleje herbatę, wyjdzie. Będzie przy bramie, nim ktokolwiek się zorientuje.

Czarne loki do połowy pleców świetnie pasowały do obecnego przebrania.

Była w średnim wieku, a jej twarz wyglądała jakby należała do wyśmienitej aktorki. Teraz jest spokojna, opanowana, chłodna. Lecz niech ktoś wyjdzie zza rogu...

-Panienko? – Spytał głęboki, acz uprzejmy głos za jej plecami.

Natychmiast się obróciła przybierając minkę zaangażowanej w obowiązek oraz pokornej służącej.

-Tak, panie? – Pokłoniła się, wlepiając oczy w ciemność.

Tam nikogo nie było...

Przecież, stamtąd przyszła, od strony schodów...

Wyprostowała się powoli, udając przejętą. Uniosła dłoń i zakryła nią usta.

-Panie? – Rozglądała się próbując zauważyć jakieś objawy życia.

Ktoś musi tam być skoro się odezwał, słyszałaby i czuła jego obecność... Takie rzeczy po prostu się wie... A może coś się jej przesłyszało?

-Przepraszam, czy pan... – Urwała.

Patrzyła w pustkę. Tam nikogo nie było... Odetchnęła przybierając na powrót chłodny wyraz twarzy. Chciała się skarcić, że jak głupia stoi i przejmuje się omamami, zamiast wykonać zadanie. Szefowie czekają na zapłatę za zlecenie i na raport.

Wolnym krokiem ruszyła w swoim kierunku.

-Już panienka idzie? – Znów ten głos!

Obróciła się w mgnieniu oka, tym razem przybierając postawę bojową.

Odstawiła wazon na ziemię, a z rękawa wysunęła rękojeść noża, tak by móc go dobyć i tak by nikomu go nie pokazać.

-Kto tam? – Spytała ciemny korytarz.

Cisza... absolutna cisza! Nie słyszała bicia niczyjego serca poza swoim, nie widziała nikogo, nie czuła ruchu...

-Kim jesteś? – Spytała.

Z mroku, za jej plecami, wynurzyły się dwie ogromne dłonie w czarnych rękawicach. Bezgłośnie...

Nie zauważyła ich, nie widziała jak ciemności ożyły.

Jedna dłoń zacisnęła się na jej ramieniu, druga na głowie!

Potężne łapsko przekręciło się, mała główka wraz z nią...

Jej kark gruchnął nim zdążyła zareagować!

Numitor zdumiony uniósł zwłoki. Jakież ich ciała są kruche, wystarczy nimi lekko szarpnąć. Zastanowił się co zrobić z trupem kobiety...

Złapał wazonik.

Westchnął podchodząc do schodów i spoglądając w dół.

Rzucił naczyńko na najbliższy stopień, a to rozbiło się bryzgając wodą.

Popatrzył w wywinięte oczy zabójczyni, unosząc jej małe zwłoki przed sobą.

Przekrzywił głowę.

-Tak już moja droga bywa - szeptał cicho - że gdy coś ze zdań wynika, tej zgodności strzeże strażnik, a orężem mu - logika.

Puścił zwłoki, a te sturlały się po schodach na półpiętro głośno przy tym łomocąc o drewniane stopnie.

Numitor splótł dłonie za plecami i dając powolne kroki w tył, wniknął w ciemność...

Pustka i martwa służka...

Jakaż ona głupia, by pośliznąć się na wodzie z upuszczonego wazonu.

2 komentarze:

Anonimowy pisze...

Hello. This post is likeable, and your blog is very interesting, congratulations :-). I will add in my blogroll =). If possible gives a last there on my blog, it is about the GPS, I hope you enjoy. The address is http://gps-brasil.blogspot.com. A hug.

Anonimowy pisze...

[p]Once this boot style was considered as ugly accessory but it is its incomparable comfort that conquers the whole world and until now, its great performance in comforting feet have not been transcended . For children,uggs are available in very unique and bright colors . With the gift-giving season just around the corner, UGG slippers are well worth considering for just about everyone on your list . ugg roxy tall boots On one ancillary, the ariseance of ugg cossacks is reaccessory [url=http://www.newcheapuggbootsau.co.uk]cheap ugg boots[/url] blueprintial and altered . The ugg classic cardy is a heathered merino wool blend boot [url=http://www.newcheapuggbootsau.co.uk]cheap ugg boots sale[/url] made to look like your favorite sweater . Just go to the market, enter in an ugg boot [url=http://www.newcheapuggbootsau.co.uk]ugg boots australia[/url] shop and you will find a wide range of beautiful and amazing shoes of almost every color . This does not mean that other companies will not benefit though,ghd straighteners cheapest, it should benefit almost any business in the UK . Formerly a very long time, Australia's craftsmen are actually familiar with sew the beach in Nz sheepskin boots, however, might [url=http://www.newcheapuggbootsau.co.uk]new ugg boots[/url] be the company-minded youthful guy getting a bold try to traditional products towards the united states.[/p][p]In the 1960s, surfers were wearing the boots to keep their feet warm to and from the ocean . If the knight is depicted with his sword in his hands and his boots on then he had been killed in battle . Due to [url=http://www.newcheapuggbootsau.co.uk]chestnut ugg boots[/url] that, marine sports admirers, including surfing plus competition swimmers started to take an affinity for UGG boots . The very first fitting often takes place in regards to a month prior to the wedding ceremony Christian Louboutin Pumps . T h e v e r y b e s t v e r y r e g a r d e d m u c h m o r e i n d i s t i n c t i o n m a k i n g u s e o f i n t e r n e t r e t a i l e r w i l l r e t a i l o u t l e t m e r c h a n d i s e a n d p r o d u c t s a n d s e r v i c e s a l l a s a r e s u l t o f m o s t f a m o u s p i e c e a n d c o n s e q u e n t l y t h e y a r e o f t e n s i m p l y s k i l l e d p a y i n g o u t i n c o m e m e a n t f o r a p p r o p r i a t e f o r t h a t c o u l d a d v e r t y o u r p e t e m p l o y i n g a n f a r b e t t e r o u t l a y o f c a s h . Y o u a r e a b l e t o e x c h a n g e a g l a s s c a s e s c o u p l e d w i t h g o b l e t u g g b o o t s n o r d s t r o m j a r s s i m i l a r t o p l a s t i c p o t s a n d g o b l e t c i s t e r n s . We have only talked about a couple in the kinds readily available in the massive hand bag line . Since the fall arrives, and it becomes colder and colder, at this time a woolen scarf is a very good choice, it can carry your warmth and care, giving comfort to your mother or wife, wearing it, she can feel your warmth and comfort, and it can make her look more beautiful and fashionable.[/p]